Aktualnosci: JESTEM JEDNYM Z WAS

Po raz kolejny ubiegam się o mandat senatora RP z Wielkopolski, z naszego pilskiego okręgu wyborczego. Tu się urodziłem, w wielkopolskiej tradycji zostałem wychowany, tu też zdobyłem wykształcenie. W całym regionie dałem się poznać jako przedsiębiorca zatrudniający kilka tysięcy osób oraz jako parlamentarzysta i polityk, który koncentruje swoją uwagę na sprawach gospodarczych i czyni wiele, za własne pieniądze, by pomóc ludziom pokrzywdzonym przez los. Tu, w Wielkopolsce, znają mnie niemal wszyscy.

Korzenie

Rodzina moja podchodzi z Podkarpacia, ja jednak przyszedłem na świat w podchodzieskiej wsi i czuję się Wielkopolaninem. Tak też zostałem wychowany. Swoich dziadków ze strony ojca nie pamiętam. Kiedy się urodziłem, już nie żyli. Mój ojciec osierocony został w wieku 12 lat przez matkę, a 2 lata później przez ojca, i pozostał sam na gospodarstwie. Na dodatek musiał opiekować się dwójką młodszych braci.

Dziadków ze strony matki też nie pamiętam. Mieszkali na dalekim wówczas dla mnie Podkarpaciu. Zmarli, gdy byłem jeszcze dzieckiem.

Rodzice moi przenieśli się do Wielkopolski tuż przed drugą wojną światową. W związku z regulacją Wisły ojciec sprzedał gospodarstwo i kupił nowe, w miejscowości Lipiny koło Margonina. Tylko miesiąc cieszył się nowym nabytkiem. We wrześniu wrócił na rodzinne Podkarpacie w żołnierskim mundurze jednego z pułków podhalańskich. Wojnę przeżył w Niemczech, pracując tam jako jeniec wojenny. W 1945 wrócił szczęśliwie do domu.

Z Lipin koło Margonina

Przyszedłem na świat już w Lipinach, w 1949 roku. Byłem najmłodszy spośród trzech synów. Moi bracia urodzili się jeszcze na Podkarpaciu. Stanisław jest starszy ode mnie o 10 lat, a Jan o 15 lat. Mimo że byłem beniaminkiem, rodzice mnie nie rozpieszczali, wiodłem typowy żywot wiejskiego dziecka. Praca, praca i jeszcze raz praca, a potem nauka, praca i kościół. Niedzielna wyprawa do kościoła to była jedyna rozrywka. Ojciec był dobrym rolnikiem, inwestował w gospodarstwo przede wszystkim kosztem własnej konsumpcji. Tego się od niego nauczyłem.

Nauka ponad wszystko

Szkołę podstawową ukończyłem w 1963 r. w Lipinach, następnie poszedłem do Technikum Samochodowego w Trzciance. Żeby to było jasne: nikt mi w życiu w niczym nie pomagał. Nikt też nie pomógł mi dostać się do trzcianeckiej „samochodówki’’, choć była to wówczas jedna z najbardziej obleganych szkół w regionie. Chciałem być samochodziarzem. Uczyłem się dobrze.

Otrzymałem stypendium za dobre wyniki w nauce i pracę społeczną. Wybrano mnie również przewodniczącym samorządu szkolnego. To wówczas ujawniły się po raz pierwszy moje organizatorskie i… przywódcze talenty.

Chciałem studiować. Najpierw geografię, ale instynkt podpowiedział mu coś innego. Zdałem egzamin na Wydział Rolny Akademii Rolniczej w Poznaniu. Potem pomyślałem o zootechnice. Ten kierunek ukończyłem już w latach 80. z tytułem magistra inżyniera zootechnika.

Wojsko

Obowiązek wojskowy wypełniłem w jednostce lotniczej w Mirosławcu koło Wałcza. Bardzo chciałem zostać pilotem, złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Pilotażu, ale odpadłem na badaniach zdrowotnych. Siedziałem więc przez dwa lata na stacji meteorologicznej i zazdrościłem tym, którzy mogli sobie do woli latać. Wtedy postanowiłem, że kiedyś zdobędę licencję i kupię sobie własny samolot. Po latach marzenie się spełniło.

W wojsku zacząłem realizować swoje pasje społeczne. Byłem przewodniczącym Koła Młodzieży Wojskowej. Wtedy również wstąpiłem do PZPR.

Awanse

Po powrocie z wojska zostałem kierownikiem Powiatowego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Margoninie, a po dwóch latach dyrektorem Powiatowego Ośrodka w Chodzieży. Tak rozpoczęła się moja kariera zawodowa. Angażowałem się, radziłem sobie z organizacją pracy, umiałem dogadywać się z ludźmi i kierować nimi. W tych czasach, gdy wszystkiego brakowało, umiałem wydobyć potrzebne surowce czy materiały nawet spod ziemi. Taką też miałem opinię i dlatego szybko awansowałem.

Po powstaniu w 1975 roku ,,małych województw’’ zostałem dyrektorem Oddziału Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Turystycznego ,,Noteć’’ w Chodzieży, następnie dyrektorem Wojewódzkiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, wreszcie dyrektorem WPT ,,Noteć’’ w Pile. Pod kierownictwem pierwszego wojewody, Andrzeja Śliwińskiego, budowałem słynne pilskie zajazdy - symbol tamtych czasów.

Czasy ,,Solidarności’’

Lato 1980 roku i powstanie ,,Solidarności’’ przebiegło w Pile dość spokojnie. Burza wybuchła za to na szczytach ówczesnej wojewódzkiej władzy. Pod koniec tego roku cała nasza ekipa została poproszona przed Komisję Kontroli Partyjnej. Postawiono zarzut, że firma została przeinwestowana, że za dużo kupiłem autobusów, że... i tym podobne bzdury. Chciałem to wytłumaczyć, ale jeden z towarzyszy mi przerwał: - Wy tak, towarzyszu, ładnie tłumaczycie, ale to jest zupełnie inaczej. Powiedziałem, że każdy członek partii ma prawo do złożenia wyjaśnień, ale nie pozwolono mi mówić.

Przestałem być członkiem partii i dyrektorem ,,Noteci’’. Na kilka miesięcy ,,zahaczyłem się’’ w Centrali Nasiennej, ale już wtedy wiedziałem, że kończy się mój czas ,,na państwowym’’. Zacząłem szukać czegoś innego. Swojego.

Pierwszy zakład

Wiedzę zdobytą na AR chciałem wykorzystać w praktyce. Wyczytałem w prasie, że Holendrzy chcą wybudować w Polsce siedem zakładów utylizacyjnych. Szukano również lokalizacji w woj. pilskim, ale ostatecznie wypadła ona z planów. Zacząłem się tym tematem interesować. W 1982 roku uruchomiłem w Śmiłowie zakład utylizacyjny, wykorzystując pomieszczenie starej owczarni. Rozpocząłem działalność na konto teścia, bo mnie osobiście władza po prostu na to nie pozwoliła. W sierpniu 1985 roku teść przepisał zakład na mnie.

Tak właśnie zaczęła się budowa podstaw mojego biznesu. Najpierw był zakład utylizacyjny, później mieszalnia pasz, następnie Zakłady Mięsne, kolejne fermy. Każdego roku zakład coraz bardziej się rozwijał: Zakłady Drobiarskie „Koziegłowy”, Eko-Młyn w Wałczu, Insefarm w Śmiłowie, Wylęgarnia Drobiu w Śmiłowie.

I tak jest do dziś.



 
Obsługa technicza Alfa TV
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone.