Aktualnosci: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

 Z senatorem Henrykiem Stokłosą rozmawia Zbigniew Noska

Przegrał Pan ostatnie wybory parlamentarne po 16 latach pełnienia funkcji senatora Rzeczypospolitej. Jak Pan przyjął tę decyzję wyborców?

- Trudno, bym się cieszył z przegranej, tym bardziej, że w samą kampanię włożyłem sporo wysiłku, a także niemało pieniędzy. Mam oczywiście żal do wyborców, że nie chcieli słuchać mych argumentów i racji, lecz ulegli prasowej nagonce, od roku przeciwko mnie świadomie i z rozmysłem prowadzonej, ale nie należę do ludzi, którzy zbyt długo rozpamiętują porażki i pogrążają się w rozpaczy. To nie leży w moim charakterze. Mam nowe plany i nowe zadania związane z moją firmą i one mnie w tej chwili pochłaniają. Im dalej od dnia wyborów, tym bardziej jestem przekonany, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Godzenie służby publicznej z działalnością gospodarczą było niezwykle czasochłonne i… kosztowne. Nie pobierałem bowiem – jak inni - pensji senatorskiej, ponosiłem także z własnej kieszeni znaczącą część kosztów utrzymania biur senatorskich. O pieniądzach przeznaczonych na szeroko zakrojoną działalność charytatywną nie wspomnę. Teraz środki te będę mógł przeznaczyć na rozwój firmy. Ale najważniejszym jest to, że mam teraz więcej czasu dla firmy, dla rodziny i wreszcie także dla siebie.

Cztery lata temu uzyskał Pan poparcie ponad 113 tysięcy wyborców i bezapelacyjnie wygrał wybory, teraz głosowało na pana trochę ponad 38 tysięcy. Jak Pan tłumaczy tak zasadniczą zmianę?

- Nie dziwi mnie ona. W 1997 roku AWS uzyskał grubo ponad 30-procentowe poparcie, by w cztery lata później nie wejść do parlamentu. Los SLD był podobny - w 2001 roku ponad 40 procent poparcia, a w tym roku zaledwie 11 proc. Polski wyborca jest chimeryczny - opinię tę potwierdzają wszyscy poważni socjologowie. Jest też bardzo podatny na sugestie mediów, zwłaszcza elektronicznych, oraz na wszelkiego rodzaju manipulacje. Ludzie uwierzyli kłamstwom garstki pseudoekologów, którym udało się pozyskać sympatię kilku dziennikarzy. Racjonalne argumenty do nich nie docierały. Swoistym paradoksem jest fakt, że najwyższe poparcie uzyskałem wśród wyborców, którzy znają moją firmę i najdotkliwiej mogą odczuwać jej uciążliwości. Przegrałem zaś daleko od Piły. Tam, gdzie dochodziły jedynie medialne informacje o mojej firmie i związanych z nią konfliktach.

Swoistą cechą polskich polityków jest obarczanie dziennikarzy winą za wszystkie niepowodzenia. Czy zbytnio nie ulega Pan tej manierze?

- Jak każdy dziennikarz stara się Pan bronić swej profesji. Jestem gotów to zrozumieć, ale nie zmieni to mojej opinii o tym, że polskie dziennikarstwo jest chore, a polskie media mają – delikatnie mówiąc - nadmierne skłonności do lekceważenia faktów i manipulowania opinią publiczną. I nie jest to teoria, którą zbudowałem sobie teraz, na użytek przegranej w wyborach. W ubiegłym roku jako senator Rzeczypospolitej, zaniepokojony zachowaniem niektórych dziennikarzy i ich redakcji, zwróciłem się do kilkuset znanych w kraju i naszym regionie autorytetów z memorandum w tej sprawie. Pisałem w nim o olbrzymiej dysproporcji między poziomem merytorycznym i etycznym dziennikarzy a siłą rażenia mediów. Redakcje i pracujący w nich dziennikarze, nie podlegając żadnym regułom demokratycznej weryfikacji wyborczej, dysponują instrumentami, które w oczach opinii publicznej jednych mogą wynosić na piedestał, a innych strącać w otchłań potępienia. To olbrzymia odpowiedzialność, której nie wszyscy potrafią sprostać. Wprawdzie polska doktryna prawna w ciągu ostatnich 16 lat dookreśliła w szeregu wyroków sądowych, jak należy rozumieć dwa kluczowe dla zawodu dziennikarza pojęcia – szczególnej staranności i rzetelności, ale rzeczywistość bywa często inna. Niestety, nie tylko nie doświadczałem rzetelności i staranności ze strony dziennikarzy, którzy przygotowywali na mój temat swoje materiały, ale również nie znajdowałem zrozumienia dla poszanowania prawa do sprostowania nieprawdziwych i nierzetelnych informacji. Jestem człowiekiem, który daje zatrudnienie tysiącom ludzi i doszedłem do tego własną pracą. Stać mnie zarówno na płatne ogłoszenia jak i długotrwałe spory prawne, ale nie w tym jest rzecz. Niepokoi mnie skala tego zjawiska, nurtują pytania o to, dlaczego ludzie w Polsce po zszarganiu przez media ich wizerunku i dobrego imienia nie mogą dobić się swoich praw do sprostowania i przeprosin za kłamstwa i manipulacje dziennikarzy? Wyborcza porażka Włodzimierza Cimoszewicza, zagryzionego i zadeptanego przez nieprzychylne mu media, jest tego zjawiska najbardziej dramatycznym przykładem. Pisząc w ubiegły roku owo memorandum i wysyłając je także do redakcji wielu pism powinienem spodziewać się, że media zamiast wybrać drogę poszanowania prawa, wybiorą atak na Stokłosę. I tak się stało.

Plotkarze – a gdzież ich nie ma - twierdzą, że Pańska niechęć do dziennikarzy spowoduje określone decyzje także w stosunku do własnych mediów. Są tacy, którzy przepowiadają rychły koniec „Tygodnika Nowego” i Radia „100”.

- Też słyszałem tę plotkę i serdecznie mnie ona ubawiła. Rozgłaszali ją zwłaszcza ci, którzy bardzo by chcieli pozbyć się moich mediów z rynku i pozbawić opinię publiczną możliwości wysłuchiwania innych od głoszonych przez nich racji i argumentów. Po wyborach spotkałem się z kierownictwem wydawnictwa, podziękowałem wszystkim za pracę w czasie kampanii wyborczej i wyznaczyłem nowe zadania ekonomiczne. O likwidacji nie ma mowy. Moje postanowienie w tym względzie może zmienić jedynie rachunek ekonomiczny. Na razie wydawnictwo przynosi zysk.

Instytucje i osoby, które dotąd korzystały z Pańskiej pomocy i wsparcia z niepokojem pytają, czy będzie Pan kontynuował swoją działalność charytatywną?

- Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Mój program od samego początku mojej działalności politycznej, czyli od 1989 roku, oparty był na trzech filarach: niezależności politycznej, walce z bezrobociem i pomocy ludziom niedostosowanym z różnych powodów do wymagań kapitalizmu. W jego realizacji byłem konsekwentny, często wbrew własnym interesom. Mimo różnych pokus nigdy nie zapisałem się do żadnej partii, choć nawet przy obecnym poparciu mógłbym bez trudu uzyskać mandat poselski. Niezależność polityczną uważałem bowiem za warunek skutecznego działania. Z bezrobociem walczyłem nie hasłami, lecz rozwijając moją firmę i zwiększając w niej zatrudnienie z niecałych dwóch tysięcy w 1989 roku do 6 tysięcy w obecnym. Na działalność charytatywną wydawałem własne pieniądze i to wcale niemałe. Jak policzyli moi księgowi, w ostatniej kadencji było tego ponad pół miliona złotych rocznie. Na tych trzech filarach oparłem także swój program wyborczy w ostatniej kampanii, szeroko o nim informując opinię publiczną. Nie uzyskałem poparcia, nie zostałem wybrany. Ludzie odrzucili mój program, w tym także moją działalność charytatywną. Trudno bym działał wbrew ich woli.

Dziękuję za rozmowę.



 
Obsługa technicza Alfa TV
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone.