![]() |
|||||||||
|
Kto stoi za „ekologiczną” działalnością stowarzyszenia Ireny Sienkiewicz? Gdzie byli - zazwyczaj bardzo dyspozycyjni i mobilni - członkowie SEPZN, gdy płonęły pole i las pod Zelgniewem? Kto finansuje zagraniczne wycieczki członków tej organizacji? W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o niejasnościach związanych z finansowaniem działalności towarzystwa Sienkiewiczowej. Działalności zakrojonej na szeroką skalę i z pewnością przekraczającej możliwości finansowe grupki kilkunastu osób, w większości emerytów oraz kilku właścicieli podupadających lokali gastronomicznych. Po ukazaniu się naszego artykułu otrzymaliśmy kolejne informacje na temat Stowarzyszenia Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej i kilku jego członków. Okazuje się, że wsparcie dla tej organizacji przybiera różnorodne formy. Dla przykładu pilska firma reklamowa Opus udostępnia nieodpłatnie członkom stowarzyszenia swój lokal. - Na razie jest to jedno pomieszczenie, ale niebawem do dyspozycji będą mieli większą powierzchnię. Dostali też od tej firmy komputery, korzystają za darmo z ich łącza internetowego – mówi nasz informator. Wynajęcie lokalu użytkowego przy ul. Walki Młodych (tam mieści się siedziba firmy Opus oraz pilskie biuro SEPZN), to miesięczny koszt rzędu kilkuset złotych. To właśnie tam strzelały korki od szampanów w dniu, w którym śmiłowskie biura Farmutilu przeszukiwali oficerowie CBŚ. Dlaczego firma Opus służy taką hojnością organizacji zwalczającej Farmutil? Być może dlatego, że Farmutil zlecając wykonanie materiałów reklamowych (kalendarze, ulotki, wizytówki, papier firmowy i inne) korzysta z usług konkurencyjnej firmy. Tydzień temu pisaliśmy też o zagranicznych wycieczkach stowarzyszenia, które – według informacji pochodzących od osoby związanej ze stowarzyszeniem – miały być nagrodą za dotychczasową działalność skierowaną przeciwko Farmutilowi. Kto jest ich fundatorem? Można się tego domyślać, biorąc pod uwagę fakt, jaka firma tak naprawdę odnosi wymierne korzyści z działalności SEPZN. W czwartek spłonęło ponad 75 hektarów zboża na jednym z należących do Farmutilu pól pod Zelgniewem. Przedstawiciele Farmutilu nie chcą bezpodstawnie posądzać nikogo o podpalenie, choć takiej przyczyny nie da się wykluczyć. Pożar objął kawałek pobliskiego lasu. Tragedia, skutkująca konsekwencjami dla środowiska, wisiała w powietrzu. Strażacy, pracownicy Farmutilu i okoliczni mieszkańcy, nie bacząc na ogromny upał, chwycili za stosowne sprzęty i pobiegli w ogień. Gdzie w tym czasie byli ludzie nazywający się ekologami, którzy zazwyczaj tak szybko reagują na każde, nawet najmniejsze, bądź urojone w czyjejś głowie, zagrożenie dla środowiska? Czyżby na kolejnej zagranicznej wycieczce, o której przed tygodniem wspominali członkowie stowarzyszenia? Wiele wskazuje na to, że czołowi działacze urządzili sobie urlop. W mediach od kilkunastu dni nie ma ich wypowiedzi. Ze strony internetowej Radia Merkury, nieoficjalnie pełniącego funkcję organu propagandowego stowarzyszenia, znikły nagle wszystkie tematy związane z Farmutilem i osobą Henryka Stokłosy. Nie ma więc nawet szansy, aby opluć Stokłosę przez internet. Nawet jeżeli ludzie Sienkiewiczowej aktualnie nie wygrzewają się na ciepłych plażach we Włoszech i zaszyli się gdzieś na miejscu, to ich nieobecność w sytuacji zagrożenia dla środowiska mówi sama za siebie. Przypomnijmy tylko, że w listopadzie ubiegłego roku ludzie Sienkiewiczowej, w liczbie kilkunastu osób i w asyście policjantów z Kaczor, w godzinach wieczornych weszli na sporną drogę użytkowaną przez Farmutil, aby ... sprawdzić, czy firma wywozi słomę na swoje pola. Nie jest już żadną tajemnicą, że działania stowarzyszenia polegające na inspirowaniu nagonki na firmę i rozpowszechnianiu nieprawdziwych, szkalujących jej właściciela informacji mają spowodować utratę wizerunku przez Henryka Stokłosę. Właśnie dlatego przedstawiciele firmy twierdzą, że przymiotnik „ekologiczny” w nazwie stowarzyszenia jest swoistym policzkiem w twarz dla prawdziwych ekologów. Nie o ekologię tutaj chodzi, a o zdyskredytowania Stokłosy na zamówienie. Niestety zamawiającego trudno zidentyfikować, a jeszcze trudniej cokolwiek mu udowodnić. Poszczególni członkowie grupy Sienkiewiczowej mają też swoje małe cele do osiągnięcia. Kilka osób ma jak dotąd niespełnione ambicje samorządowe. Kilku innym członkom przysłowiową kością w gardle stoi działalność należących do Stokłosy lokali gastronomicznych – restauracji Pasibrzuch oraz baru „Na rogu”. Jolanta Koper jest właścicielką podupadającego dworku w pobliskim Grabównie. Ostatnio zresztą bardzo mało czasu poświęca na kierowanie swoim dobytkiem, bo godzinami przesiaduje w sądach i hula po okolicznych polach z kamerą i aparatem fotograficznym. Jak twierdzi jedna z osób mieszkająca nieopodal lokalu pani Koper, po wybudowaniu w Śmiłowie restauracji „Pasibrzuch” mało kto tam zagląda. Inna z czołowych działaczek stowarzyszenia, Dorota Pawłowska, jest właścicielką baru „U Doroty”, kiedyś nieźle prosperującego dzięki pracownikom Farmutilu, którzy chodzili tam na piwo, mimo iż pogardliwie nazywała ich śmierdzielami. Po otwarciu przez właściciela Farmutilu baru „Na rogu” lokal Pawłowskiej utrzymuje się przy życiu tylko dzięki zatrzymującym się tu autobusom Baltic Express. Z kolei brat Doroty Pawłowskiej, znany z telewizyjnych ekranów Hubert Karolczak, prowadzi nieopodal Śmiłowa smażalnię ryb. Intencje i cele działania grupy Sienkiewiczowej bardzo dobitnie ilustrują ostatnie dokonania, szeroko relacjonowane w mediach: protest przed pilską komendą policji i pseudogłodówka na schodach sądu. - Przedstawienie, bo trudno to nazwać inaczej, odegrane przed sądem pokazuje, jak bardzo różnią się od deklarowanych rzeczywiste cele działalności tego stowarzyszenia. Nie rozumiem po co ta ekologia w nazwie, skoro działalność jest ewidentnie skierowana przeciwko osobie Henryka Stokłosy. Przecież od utraty jego wizerunku nie poprawi się stan środowiska naturalnego – twierdzi Marek Barabasz, rzecznik Farmutilu. (red) |
|
|
Obsługa technicza Alfa TV |
|
||||||
|
|
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone. |
|
||||||