Aktualnosci: Wstrętna manipulacja na schodach pilskiego sądu.

Postanowiliśmy dowiedzieć się, kim naprawdę jest człowiek, który próbuje...
Naciągnąć Stokłosę

W ubiegłym tygodniu przed pilskim sądem pojawiła się przedziwna postać z transparentem. Co jeszcze dziwniejsze, postać ta rozpoczęła w tym miejscu głodówkę (przerywaną jednak kolacjami przynoszonymi przez członków SEPZN), której celem ma być przyspieszenie wydania wyroku w procesie, jaki toczy się z powództwa tegoż osobnika przeciwko Henrykowi Stokłosie i firmie Farmutil.

Ów głodujący to dobrze znany w Śmiłowie jeden z samozwańczych pseudoekologów. Kim jest człowiek, który wspierany ciepłym słowem i poklepywany po ramieniu przez członków grup Sienkiewiczowej, walczy ze Stokłosą, wymyślając co chwilę nowe nieszczęścia, jakie rzekomo spadły na niego za sprawą właściciela Farmutilu? Zapytaliśmy o to mieszkańców Śmiłowa, Brodnej i Zelgniewa, którzy mieli z nim kiedyś do czynienia.

- Panie, tutaj go wszyscy znają. To stary krętacz i każdy to wie, ale nikt z panem nie będzie gadał, bo wszyscy się boją. Wiadomo, co to świrowi przyjdzie do głowy? Podpali chałupę albo co? Kto wie jakie on ma powiązania. Jak te tirówki u niego nocowały, w tych jego budach w Brodnej, to trzymał z nim taki ruski ochroniarz, co to po wsi chodził i pistoletem wymachiwał – mówi mieszkaniec Śmiłowa. – Jak kiedyś w „Barze u Doroty” wyciągnął pistolet, to momentalnie wszyscy uciekli zostawiając kufle na stołach.

- No no, ale z tymi panienkami to skończył interesy, jak jedną zamordowali pod Grabównem – dodaje drugi. – On kiedyś wywoził tutaj szambo. Tylko, że zamiast zawozić to do oczyszczalni, to rozlewał gdzie popadnie. Dobrze wiem, bo sam miałem u niego pracować, ale jak to zobaczyłem, to zrezygnowałem. Nie jestem głupi, przecież to od razu śmierdzi kryminałem. Wylewał to szambo w lesie, na polach, na skarpach, w przydrożnych rowach – wszędzie, gdzie się dało. Nie uszanował nawet miejsca pochówku, bo na stary niemiecki cmentarz też spuszczał szambo z beczkowozu. Najpewniej sam tym szambem sobie zatruł jezioro, bo wie, jak to się robi.

Jak się okazuje, to mało ekologiczne zachowanie to tylko jedno z wielu, jakie ma na swoim koncie nowy sprzymierzeniec Towarzystwa Ireny Sienkiewicz.

- Jak kupił to jezioro, to tutaj było pełno łabędzi – mówi były właściciel jeziora w Brodnej, Jan Waśkowiak. – Obiecał, że wybuduje dla nich takie drewniane budki. Zamiast tego wszystkie powybijał. Mnie przy tym nie było, ale ludzie widzieli, jak łabędzia okładał drągiem. On po prostu zmarnował to jezioro. Ja tutaj jestem od 2 września 1939 roku. Przez ten czas tu było naprawdę pięknie. Tutaj pływały karpie po 10 kg. Rekordowy miał nawet 18 kg. Jak on to kupił to od razu przestał zarybiać i się ryby skończyły. I niech nie gada, że ktoś mu je wytruł, bo jak by wytruł, to by pływały na wierzchu. A przecież, jak wypompował wodę z jeziora, to tutaj były dwie tołpygi i kilka mniejszych rybek. Razem może ze dwa wiadra.

- Nie wiem co tam się dzieje, że on nikogo nie chce tam wpuścić, wszystkich wygania. Nawet dzieci nie mogą się tam wykąpać – dodaje innym mieszkaniec Brodnej. Może i dobrze, bo przynajmniej nie są świadkami gorszących scen, w których Grabiński okłada kijem swoją żonę.

- Bardzo często przyjeżdżała do pracy posiniaczona, z zadrapaniami i innymi śladami świadczącymi o tym, że mąż ją bił. Bardzo się musiała go bać, bo niechętnie o tym mówiła – opowiada jedna z jej współpracownic ze śmiłowskich zakładów mięsnych.

Trudno wierzyć, że z kilku ton ryb zrobiły się nagle dwa wiadra. O sprawę zarybiania jeziora przez Stanisława Grabińskiego postanowiliśmy zapytać jego dawnych wspólników.

- Ten człowiek nas po prostu oszukał. My mu dawaliśmy pieniądze na zarybianie, razem około 60 tys. zł, a potem się okazywało, że je gdzieś stracił. O żadnym zarybianiu chyba nawet nie myślał – mówi Jarosław Sarbak, którego ojciec ze zgryzoty i wyczerpania nerwowego zmarł wkrótce na zawał.

W trakcie zbierania informacji na temat Stanisława Grabińskiego, uzyskaliśmy jeszcze kilka ciekawych faktów. Bardzo chciał założyć gospodarstwa agroturystyczne, miał ambitne plany, opowiadał o tym wszystkim, których spotkał. Pierwsze większe pieniądze zarobił na szambie i na koszeniu zbóż. Jako jedyny w okolicy miał wtedy prywatny traktor z beczkowozem i kombajn.

- Był konkurencyjny do usług świadczonych przez Kółko Rolnicze w Kaczorach, bo po prostu nie płacił podatków. Nigdy nie dawał żadnego pokwitowania za wykonaną usługę. Sam się tym chwalił. Później zatrudnił sobie ludzi do roboty, a sam jeździł maluchem i biznesmena zgrywał – mówi mieszkaniec Zelgniewa.

- Grabiński...? [śmiech]. To jest człowiek, który całe życie coś kombinuje. Miał sto pomysłów na minutę. Najpierw wywoził szambo, a potem kupił kombajn i chciał na tym zarabiać, ale mu nie wyszło, bo pracować mu się nie chciało. Szybko za to spodobała mu się rola biznesmena z aktówką. Od tamtej pory to on tylko gra w karty i jakieś ciemne interesy robi – opowiada mieszkaniec Śmiłowa. – Przecież w jego stodole znaleźli to zboże, co było skradzione z PGR-u. Jakoś tak się wywinął, że sprawa się przedawniła. Ten dom w Brodnej to podobno w karty przegrał. To jest człowiek, który całe życie chciałby nic nie robić i pieniądze zarabiać. Zawsze starał się coś zachachmęcić i ugrać czyimś kosztem.

Jakże wyraźnie ta opinia koresponduje z dwiema sprawami jakie toczą się w sądzie między Grabińskim a Henrykiem Stokłosą. W jednej Grabiński postanowił zażądać astronomicznej kwoty miliona dwustu tysięcy zł odszkodowania za rzekome zanieczyszczenie jego jeziora, a w drugiej pięciuset tysięcy. Twierdzi, że zniszczono jego gospodarstwo. To oczywiście kwoty wyssane z palca, bo jak stwierdzono, w momencie, w którym jezioro zostało zanieczyszczone – tu należy zaznaczyć, że do zanieczyszczenia przyczyniły się również lokalne szamba – w jeziorze nie było ryb, a całe jego gospodarstwo było w opłakanym stanie i tak naprawdę do działalności agroturstycznej się nie nadawało. Wszyscy, którzy tam przyjeżdżali, uciekali w popłochu, widząc co naprawdę tam się dzieje wieczorami i nocą.

- On sobie sam zgotował taki los, a teraz ma do wszystkich pretensje. Nawet rodzina się od niego odwróciła – mówi kolejny mieszkaniec Śmiłowa. – Zawsze kombinuje. Odkąd zwąchał się z tym towarzystwem od ekologii, przestał w ogóle pracować i tylko myśli, jak tu zrobić jakiś przekręt. Teraz też chce kasę wyciągnąć. A od kogo najlepiej wyciągnąć w Śmiłowie? Wiadomo – od Stokłosy.

Henryk Stokłosa wyciągnął nawet do Grabińskiego pomocną dłoń i zaproponował mu, że kupi od niego jezioro, dzięki czemu Grabiński mógłby „stanąć na nogi” i na nowo ułożyć sobie życie. Grabiński jednak nie złożył pisemnej oferty z ceną, za jaką za jaką gotów byłby sprzedać jezioro. Jak widać, woli dostać pieniądze za nic, a właściwie za to, że posiedzi parę dni przed pilskim sądem. Oczywiście przed sądem pojawili się ludzie Sienkiewiczowej. Na relację telewizyjną przyjechała nawet z Niemiec jej córka z mężem. Głównego bohatera programu obstawiono tablicami z hasłami szkalującymi Stokłosę.

Program wyemitowany na żywo w TVP3 wyreżyserowano jako widowisko, w którym „ekologiczni” działacze po raz n-ty powtórzyli swoje utarte frazesy pod adresem właściciela Farmutilu. Ekolodzy przywieźli pod sąd człowieka, który przed kamerami powtórzył swoją kłamliwą historyjkę o postrzeleniu na stawach rybackich należących do Henryka Stokłosy. Mężczyzna oskarżył przy okazji prokuratorów i sądy, o to, że nie uwierzyli w jego wersję. Posunął się nawet tak daleko, że wbrew prawdzie przypisał jednemu z prokuratorów zażyłą znajomość z Henrykiem Stokłosą. Zapomniał oczywiście dodać, że sam jest złodziejem, który kradł ryby ze stawów, a uciekając z łupem wpadł do studzienki i złamał sobie nogę.

Program w TVP3 to była klasyczna gebelsowska manipulacja. Dzienikarze przygotowujący materiał nie pofatygowali się nawet, aby spytać o Grabińskiego kogoś spoza stowarzyszenia Ireny Sienkiewicz, pomimo iż jest on w okolicy osobą znaną z nienajlepszej reputacji. Oczywistym było, że taki głos mógłby świadczyć na korzyść Stokłosy. Jak się dowiedzieliśmy, scenariusz tej skrajnie nieobiektywnej i nierzetelnej audycji przygotowano w Poznaniu.

***

Nie bez znaczenia w całej tej sprawie jest fakt, że 9 marca 2006 Henryk Stokłosa odkupił wierzytelność Grabińskiego w wysokości ok. 62 tys. zł, jaka przysługiwała byłej wspólniczce Grabińskiego, Irenie Szubie. 14 marca zarówno Henryk Stakłosa, jak i Irena Szuba pisemnie poinformowali Stanisława Grabińskiego o dokonanej transakcji. Tym samym od 9 marca Grabiński ma dług wobec Henryka Stokłosy wynoszący, licząc razem z odsetkami, prawie 100 tys. zł. Czy w takiej sytuacji nie jest mu na rękę odwracać kota ogonem i domagać się pieniędzy od Stokłosy?

Zgodnie z ugodą, jaką Stanisław Grabiński zawarł z Ireną Szubą 1 grudnia 2005, całą tę należność musi on zwrócić do dnia 1 września 2006. Teraz oczywiście już nie Irenie Szubie, a Henrykowi Stokłosie.

(red)

 

 



 
Obsługa technicza Alfa TV
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone.