Aktualnosci: Dobra mina do złej gry

Wydaje się, że protest głodowy, jaki zorganizowali w minionym tygodniu członkowie Stowarzyszenia Ekologicznego Przyjaciół Ziemi Nadnoteckiej osiągnął taki sam skutek, jaki osiągnęłoby pismo wysłane do wojewody faxem. W tej sytuacji obydwu stronom nie pozostaje nic innego, jak robić dobrą minę do złej gry.

W ubiegłym tygodniu obchodziliśmy Dzień Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny i Święto Wojska Polskiego. Te, przypadające na 15 sierpnia święta pomysłowa grupa z Kaczor, Piły, Jeziorek i Śmiłowa postanowiła spędzić przed Wielkopolskim Urzędem Wojewódzkim w Poznaniu. Co więcej podobnie zorganizowali czas wolny wojewodzie wielkopolskiemu Tadeuszowi Dziubie. Tego dnia po mało efektywnej rozmowie z głową województwa, przybysze z okolic Piły rozpoczęli głodówkę.

Od samego początku pojawiły się jednak problemy. Kiedy wojewoda zdecydował, że, ze względu na złą pogodę, głodujący mają siedzieć wewnątrz budynku Urzędu Wojewódzkiego, w grupie nastąpił rozłam. Przez moment głodówka zawisła na włosku.

- Nie będę siedzieć w budynku – mówiła rozżalona Jolanta Koper.

Po chwili jednak pozostali protestujący przekonali ją do tego, aby w raz z nimi przeniosła swój „podręczny zestaw głodującego” do holu urzędu. Tutaj, po jeszcze kilku występach przed kamerami i niewybrednych żartach na temat „Tygodnika Nowego”, dziewięć osób ułożyło się wygodnie tuż obok maszyny z gorącą czekoladą i francuskimi rogalikami. Właśnie tutaj, z daleka od kamer i aparatów, spędzili noc.

Kiedy nazajutrz otwarto Urząd Wojewódzki, cała dziewiątka ruszyła na podbój okolicy. Jedni obsiedli schody przed urzędem, a inni postanowili okupować ławki w parku po drugiej stronie ulicy. Jeszcze inni wybrali się na krótki spacer w tylko im znanym celu. Paląca część głodujących spędziła poranek na wypaleniu kilku paczek papierosów. Swoją drogą ciekawe, że w całej tej swojej wycieczce po zdrowie nie nakazali sobie również chwilowego rozstania z tym nałogiem. Tego dnia do grupy dołączyła dziesiąta osoba. Na miejsce przybył też Janusz Lemanowicz, który towarzyszył im do końca. On jednak nie założył żółtej koszulki, dzięki czemu z czystym sumieniem mógł co jakiś czas wyskoczyć na „małe co nieco”. W parku tego dnia pojawiły się tablice i transparenty z żądaniami protestujących. Jak się później okazało, transparenty, na które zupełnie nikt nie zwracał uwagi. Z tego powodu popołudniu przeniesiono je pod urząd, przed którym miał zostać nagrany program telewizyjny dla programu trzeciego. Tutaj też rozstawiono stoliczek, na którym zaczepiani przechodnie mieli składać swoje podpisy pod listami poparcia dla głodujących. Choć ogólnie akcja nie cieszyła się zbyt wielkim zainteresowaniem, a pracownicy urzędu patrzyli na grupę w żółtych koszulkach z uśmiechem, to protestującym udało się omotać kilka osób, które złożyły swoje podpisy na listach.

Tak też spędzili kolejne dni: papierosek, spacerek i szybka zbiórka, gdy na miejsce przybywali dziennikarze. W czasie, kiedy kamer nie było w pobliżu, protestujący wydawali się raczej mało jednolitą grupą. Jedni kusili przechodniów listami, a inni samotnie wyruszali na podbój okolicy.

Protest odbywający się w samym centrum Poznania nie mógł obejść się bez uszczerbku na zdrowiu i mieniu poznaniaków. Niczym bilboardy z roznegliżowanymi panienkami, głodujący skutecznie rozpraszali uwagę kierowców. Sam środowy poranek przyniósł dwie kraksy przed urzędem. Protestujący tak skutecznie angażowali uczestników ruchu drogowego, że zanim pomoc zdążyła odtransportować roztrzaskanego Volkswagena, inny kierowca – Peugeota 405 – wjechał w tył miejskiego autobusu.

W piątek odbyło się upragnione spotkanie głodujących z wojewodą. Rozmowy trwały ponad cztery godziny. Sama ich długość świadczy o tym, że strony nie były zupełnie zgodne. Mimo wszystko po tym czasie uczestnicy protestu wyszli z urzędu uśmiechnięci i oznajmili, że kończą głodówkę. Dziennikarzom powiedzieli, że są zadowoleni, ale szczegółów rozmowy nie ujawnili. Było ustalone od początku, że głodówka skończy się w piątek oczywiście pełnym sukcesem.

Szkoda tylko ich zdrowia, bo taki sam efekt mogli osiągnąć na standardowej drodze urzędowej, na przykład wysyłając list do wojewody. No chyba, że chodziło im tylko o rozgłos i stworzenie kolejnego medialnego zamieszania wokół zakładów Henryka Stokłosy. Zatem wyborcza kampania samorządowa już rozpoczęta. Czekamy na jej dalsze odsłony.

(red)

 
Obsługa technicza Alfa TV
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone.