Aktualnosci: Historia pewnej plotki czyli Sobowtór Stokłosy

Przez cały miniony tydzień media donosiły o ujęciu przez policję sobowtóra Henryka Stokłosy. Jedni piętnowali wyrafinowaną przebiegłość byłego senatora ze Śmiłowa, inni wyśmiewali nieudolność policji, która dała się nabrać na tak prymitywny chwyt. Nikomu nie przyszło do głowy, by informację tę sprawdzić, porozmawiać z rzekomym sobowtórem czyli wykonać podstawową dziennikarską robotę. Gdyby ktokolwiek to uczynił, przekonałby się szybko i łatwo, że historyjka o sobowtórze Stokłosy jest zwykłą dziennikarską kaczką lub - jak kto woli - wyssaną z palca plotką.

***

 Jako pierwsi opowiedzieli ją dwaj dziennikarze: Marcin Dzierżanowski i Piotr Krysiak, którzy na stronach internetowych tygodnika „Wprost” opublikowali taki oto tekst: „Poszukiwali byłego senatora Henryka Stokłosę i przez chwilę byli przekonani, że go dopadli. Okazało się, że funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego wyśledzili... sobowtóra Stokłosy - dowiedział się „Wprost“. Sobowtór poruszał się samochodem byłego senatora i miał przy sobie jego telefon komórkowy. Mistyfikacja miała zmylić funkcjonariuszy. Według prokuratury, być może właśnie wtedy poszukiwany listem gończym biznesmen uciekł za granicę. – Rzekomego Stokłosę namierzyliśmy właśnie dzięki komórce. Gdy sprowokowaliśmy kontrolę drogową, okazało się, że jego samochodem jeździ ucharakteryzowany na byłego senatora jego kierowca - mówi oficer CBŚ. Policjanci wstydzą się teraz przyznać, że nie zorientowali się w mistyfikacji. Jest wielce prawdopodobne, że to właśnie sobowtór Stokłosy pojawił się 28 stycznia w gabinecie lekarskim Jerzego Kurkiewicza w Gliwicach. O tajemniczym gościu lekarz powiadomił wówczas policję i media.”
Następnego dnia (w poniedziałek 12 lutego) niektóre gazety, powołując się na „Wprost”, powieliły bezkrytycznie tę informację. Uczynił tak między innymi „Super Express”, a także „Echo Dnia”, „Gazeta Lubuska” i parę jeszcze innych tytułów. Trąbiły też na ten temat niemal wszystkie media elektroniczne. Ale rekord pobił „Głos Wielkopolski”, który piórem swej pilskiej dziennikarki Małgorzaty Linettey powołującej się na mieszkańców Śmiłowa, opowiedział taką oto bajeczkę:
„Już w styczniu „Głos Wielkopolski” pisał, że mieszkańcy Śmiłowa podejrzewają, iż dla zmylenia tropów zastosowano swoistą mistyfikację. Było to w czasie, gdy żona i rzecznik biznesmena twierdzili, że jest on na miejscu i normalnie pracuje. Po wsi jeździły wówczas auta, którymi zwykle poruszał się były senator, prowadzone przez człowieka ubranego w czarny płaszcz i charakterystyczny dla Henryka Stokłosy kapelusz. – Ten człowiek był podobnej postury co Stokłosa i tak ubrany, że nie było pewności, kto rzeczywiście siedzi za kierownicą – mówi Jolanta Koper, mieszkanka sąsiedniej wsi, codziennie bywająca w Śmiłowie.
W następnych dniach informacja ta już jako fakt niezbity i niepodważalny trafiła do publicystycznych audycji telewizyjnych i radiowych oraz do komentarzy prasowych, służąc między innymi jako argument w dyskusji wokół dymisji wicepremiera Dorna lub by dowieść nieudolność pilskiej policji.
***

Marek Cywiński od dziesięciu lat kierowca byłego senatora Henryka Stokłosy w niczym nie przypomina właściciela „Farmutilu”. Ma 39 lat, ale wygląda znacznie młodziej. Procentują jego sportowe pasje. Były lekkoatleta, jeden z najlepszych przed laty średniodystansowców polskich biega systematycznie do dziś i dba o sylwetkę. Ciemnowłosy, niebieskooki, szczupły, wysportowany – taki co podoba się kobietom.
- Gdy usłyszałem, że jestem sobowtórem Stokłosy, najpierw ubawiłem się serdecznie, traktując tę informację, jako głupią plotkę. Ale teraz już mi nie do śmiechu. Znajomi mnie ciągle nagabują, a koledzy wyśmiewają. Otrzymuję też jakieś dziwaczne telefony. Podobne kłopoty ma moja rodzina. Dlatego zgodziłem się na rozmowę i zdjęcie w tygodniku. Może wreszcie wszyscy odczepią się od nas.
Na pytanie o to, czy jeździł po Polsce, udając Stokłosę, reaguje nerwowo. - A wyglądam na podobnego? To totalna bzdura. Nie przypominam szefa ani z sylwetki, ani z twarzy. Inaczej się też niż on ubieram. Szef był zawsze „pod krawatem”, a ja preferuję strój sportowy. Nigdy w życiu na przykład nie miałem na głowie kapelusza.
- A jednak CBŚ Pana zatrzymał i wylegitymował. Mimo wszystko nabrali się?
- To też jest kłamstwo. Od ponad roku nikt nigdy mnie nie legitymował. Nikt nie zatrzymywał samochodu, którym kieruję, nie dostałem też żadnego mandatu. Podejrzewam, że dziennikarzom „Wprost”, ktoś z policji zrobił głupi kawał. Nic się bowiem w ich relacji nie zgadza.
- To dlaczego nosi Pan ze sobą telefon komórkowy senatora?
Mam swój służbowy telefon i w samochodzie drugi. Senator zawsze z niego korzystał podczas jazdy i potem zostawiał go w samochodzie. Tak było przez całe lata. I w Farmutilu wszyscy o tym wiedzieli. Szef miał kilka komórek. część z nich to po prostu wyposażenie jego samochodów.
- A był Pan w styczniu w Gliwicach?
Oczywiście że nie i – tu uprzedzę Pańskie pytanie – nie byłem u doktora Kurkiewicza. Nie choruję też na nadciśnienie i nie biorę leków psychotropowych. Jestem zdrowy jak koń. A może Pan woził kogoś udającego Stokłosę.
Nie. Nigdy.
***

Marek Barabasz rzecznik prasowy Farmutilu nie jest przekonany, że informacja o sobowtórze Stokłosy jest zwykłą dziennikarską pomyłką.
- To świadomie powielane przez kogoś kłamstwo, na które dali się nabrać naiwni łowcy sensacji z „Wprostu”. Od kilku lat obserwuję pewien charakterystyczny dla „czarnego pijaru” mechanizm socjotechniczny. Pewni ludzie - domyślam się, kim oni są - podrzucają zaprzyjaźnionym dziennikarzom wyssaną z palca informację. Ta wielokrotnie powielana zaczyna żyć własnym życiem i obrastać w interpretacje, coraz dalej idące.
Gdy zapytałem go o dowód na jego tezę, pokazał mi fragment artykułu, który ukazał się w minionym tygodniu, a który dotyczył rzekomego wejścia w posiadanie przez Henryka Stokłosę danych osobowych krytykujących go osób.
- Kilkanaście miesięcy minęło od tamtego wydarzenia, ówczesny zastępca komendanta policji stracił pracę – komentuje rzecznik – a kłamstwo już dawno zdemaskowane jest ciągle powtarzane. Co z tego, że po raz kolejny powiem, iż Stokłosa nie dostał wówczas żadnej listy od policji, a wszystkie prowadzone w tej sprawie dochodzenia to potwierdziły. Za parę dni jakiś dziennikarz znowu je powtórzy jako argument dla z góry przyjętej tezy.
Marek Barabasz niestety ma rację. Zdementować skutecznie plotkę jest rzeczą niezwykle trudną, wręcz niemożliwą. Dlatego wcale nie zdziwię się, jeśli mimo mojej rozmowy z rzekomym sobowtórem Stokłosy – panie, „które często odwiedzają Śmiłowo” znowu zobaczą go za kierownicą jakiejś „limuzyny”, a poszukujący sensacji moi koledzy po fachu natychmiast to opiszą.



 
Obsługa technicza Alfa TV
© Copyright 2005 Henryk Stokłosa. Wszystkie prawa zastrzezone.